zatrzymałam się
w bezruchu
w milczeniu
w pustce
zawiesiłam wzrok
w próżni
powietrze zamarło
i życie
skamieniało
na chwilę
narodziło się
dziecko
bez imienia
patrzcie
bijcie pokłony
pierwszy haust
chłodnego powietrza
zmroził
bezbronne płuca
podniósł się okrzyk
buntu
rozszarpani
na kształt
krzyża
myśli bezdomne
rzucamy w tułaczkę
aby na drodze
ludzkiego istnienia
kroczył
wśród mroków
ciszy
jak pochodne
ognisko duszy
jak światełko
ogniem zbawienia
nie słyszysz
wołania
śmiechu serca
które
jest niewolnikiem
ciszy
na zawsze
podarła
życie na strzępy
jak scenariusz
zrezygnowała
z głównego bohatera
i dialogów
melodramatycznych
wycięła
zachody słońca
i spacery w deszczu
tania narracja
dopisała sobie
scen kilka
w pustym domu
przy stole
gdy akcja
nabrała tempa
wyszła
szukać natchnienia
aksamitem nocy
otuleni
dotykamy gwiazd
rozrzuconych
po niebie
igramy z księżycem
w chłodzie
jego blasku
alabastrowa
nagość ciał
płonie
nienasycona
przełamani chlebem
milczymy
z nadzieją czekając
na cud przemiany
w blask świec
tli się miłość
i zgoda
cichnie gwar
dookoła
by zjednoczyć
niepogodzonych
siłą nocy
niezwykłej
już nie umiem
patrzeć w niebo
z nadzieją
nie liczę gwiazd
spadających
jak samospełniające się
marzenie
księżyc
stracił blask
oświetlający drogę
wędrowcom
błądząc
zadzieram głowę
by między chmurami
widzieć tylko
czarą dziurę
niemocy
rzucona
na głęboką toń
dusza
odchodzi od zmysłów
oślepiona błyskiem
błąka się
od brzegu do brzegu
jak ćma
bez celu
leci do swiatła
paląc skrzydła
do krwi
przysiada
na skraju serca
opatrując rany
czystą łzą