jak ćma do świecy
bez rozumu
brnie dalej
w ułudy
konwenanse
gdzie kłamstwo
w prawdę przebrane
przekrzywia
rzeczywistość
jak zwierciadło cyrkowe
gdzie dobro
zdeptane
tonie w kałuży
zalane zółcią
zła rozsianego
jak ćma
oślepiona
musi się sparzyć
czare koronki
bezsennej nocy
skrzą się
wspomnieniem
płomieni
migoczących
w zamkowej wieży
mroźne śnieżynki
topniały
pod czułym dotykiem
niecierpliwych
dłoni
pocałunkami
rozgrzewając duszę
czarne koronki
pod powiekami
okiennic
skrywają
księżycową tajemnicę
pragnień
na wiatr rzucone
splątane
pajęczą nicią
niedopowiedzenia
układają się
w słowa
bez znaczenia
w bezszelestne
gesty
zatopione
w ciszy serc
codzienność
pokryta
czarną łuną
zegar na wieży
odmierza czas
zło
swym ciężarem
ludzi przygniata
budzi nienawiść
i bunt
ból
od środka
rozdziera
swymi szponami
ucieka
przed strachem
biegnie
przez ciemny las
zastanawia
jak przeżyć
miesiąc
rok
dzień pali
jak ognia
żarzący kęs
sens życia
pomimo drogowskazów
błądzę
drogą krętą
kamienie
bolą pod stopami
a ciernie marzeń
zarastają
pobocza
z każdym
kolejnym krokiem
robi się stromiej
i coraz dalej
tym ostatnim
listem
zamykasz drzwi
do swojej duszy
skrytej
za kotarą myśli
każdym
kolejnym słowem
otwierasz okno
do serca
stęsknionego
czekając
na kolejne
post scriptum
idąc
kamiennymi schodami
wypełniam przestrzeń
emocjami
myśli złe
rozbijam o skałę
dobrezamieniam
w marzenia
lubię stać
na moście
biec
pod prąd
zamykać w sercu
resztę człowieczeństwa
układam plan
nocy i dnia
nie przekracając
sensu życia
męczennika