zabrakło słów
by dzień
rozbłysnął tęczą
szczęście
malowane akwareli
lekkością
przyprawione
olejną nutą realizmu
przygasło
pod pędzlem
niepewnym przyszłości
szkicując
nie miesza barw
zostawiając
czarno-białe
kontury jutra
patrzę w niebo
to ocean trosk
rzuconych
w przestrzeń
spokojnie płyną
jedna po drugiej
rozbijając się
o mielizny chmur
puszystych
rozpadają się
gradem
strzelając
mroźnymi kulami
na oślep
i giną w słońcu
spalone promieniem
zanurzonym
w błękicie
noc bez snu
jak sala
pełna tortur
myśli poobijanych
od ściany do ściany
ciszy
tnącej powietrze
brzytwą słów
niewypowiedzianych
i bólu
rozrywającego skronie
kolejną godziną
czekania na świt
zostawiam
po sobie
ślad nikły
zadeptany
w tłumie
stóp odbitych
w pośpiechu
zostawiam
po sobie
ślad marny
podobny
do nikogo
zostawiam
po sobie
ślad wypalony
jak piętno
na wyschniętej
ziemi
odchodząc
zostawiam
po sobie ślad
uśpiona namiętność
zerwała się burzą
błyskiem
rozbudziła niebo
wiatrem pieściła
ciała rozgrzane
obsypując je
kroplami
pocałunków
w kałużach
odbijało się
szczęście
zrobili krok za daleko
oślepieni blaskiem
nie widzą
ogłuszeni krzykiem
nie słyszą
bez opamiętania
rozdają gesty
bez pokrycia
w cierpieniu
życie nabiera smaku
malując obrazy
doświadczeniem
olejne barwy
mienią się
emocji paletą
i tylko podli
bezbarwnym szczęściem
zachłystują się
bez końca
paradoks
za kotarą rozpaczy
codzienność
spopielała
rozbijając o bruk
kryształy łez
zdeptane opiłki
tracą blask
matowieją
myślą natrętną
o początku
i końcu
oślepiające promienie
próbują przebić
kotary mur
wypalając iskierką
nadziei
nowy dzień