chwila wytchnienia
zmienia się
w grzech
cierpienia
samotny
wyklęty
pusty
podążasz drogą
której los
nadał
kierunek
na kolejny
przystanek
bólu i rozpaczy
nad ranem
zmęczona tęsknota
zasypia głęboko
w paradoksalnym
uniesieniu
przykryta
kocem smutku
po uszy
dokładnie
w ciszy
snuje się oddechem
bezbarwnym
śpiewa kołysankę
leniwie
przeciąga
się w myślach
ospale
stuka
w okna serca
subtelnie
uparcie
bez odzewu
cicho stąpałeś
po kartkach
historii
żałobną
pisząc muzykę
kroki szaleńca
błądzącego
gdzieś po manowcach
blask
wszechświata
zamknięty w zranionej
ludzkiej duszy
mój bohaterze
bezimienny
odszedłeś
błądząc
w kierunku nocy
na moście
tylko
blednący cień
noc
utkana
z kropli deszczu
jak kolia
wspomnień
nanizanych
na pajęczynę myśli
rozbija się
o bruk
teraźniejszości
świta
cisza iskrząca
nadzieją
rzucone na wiatr
rozbijają się
słowo
po słowie
o mur zobojętnienia
nie cofną już czasu
nie zmienią sensu
dni minionych
potrafią
tylko w milczeniu
rozsadzać skronie
niebo pęka
w ciszy bólu
melancholia
tętni pulsem
przyspieszonym
na wszystko
jest za późno
trwoga
pali mosty
na zgliszczach
z trudem
kiełkuje myśl
cisza
zagłusza
krzyk duszy
chaotycznie
rozkołysane niebo
w dal płyną chmury
nadając nastrój
niesłyszalnego hałasu
cel podróży
nieważny
niewyznaczony
w próżni marzeń
łaskotane ostatnim
promieniem słońca
niebo otula
samotnego anioła
płynie
w bezkresną dal
milcząc