cierpienie
obdarte z emocji
traci smak
słone łzy
rozbite
o puste brzmienie
bólu
gorycz żalu
wysycha
z kolejną myślą
porzucającą
sens istnienia
udręka
samotności
jak gorzka czekolada
daje ukojenie
na krótko
połamałam
duszę obolałą
myślą trudną
bólem
przepełniona
rozrzuca słowa
jak kawałki szkła
drobiny
ranią oczy
tkwią w sercu
rysują blizny
głęboką zmarszczką
wierzby płaczące
pokrywają
się szronem
na trawie
porozrzucane
niewinne brylanty
zanika horyzont
spoiwo powietrza
i wody
tańczę
rozbijając pod stopami
malutkie
szczęścia krople
pusto
codzienność pokryta
czarną łuną
stary
zepsuty zegar
odmierza czas
zapomniał
bezimienne postacie
suną w skłębionym
umyśle
samotnie
stoję pośrodku
bezgłośnie krzycząc
ciągnięta
jak marionetka
sznurkami
ludzkiego wzroku
osaczona
przez to
czego nigdy nie było
choć patrzę sercem
dostrzegam
przed sobą
tylko
zobojętniałą twarz
w błękicie oczu
już się nie rozpłynę
zagościła
w nich drwina
nie szanuje uczuć
uśmiech
ironią podszyty
w lustrze duszy
znajduję tylko
fałszywego przyjaciela
czekam na siebie
obok tej wiosny
nieproszona
przysiadła się
na chwilę
zakłóciła
pozorny spokój
szumem wiatru
kołysze duszę rozedrganą
ćwierkaniem ptaków
zagłusza myśli złe
wpatrzona
w nagie gałęzie drzew
czekam na siebie
jak na Godota
chyba już nie przyjdę
zabłądziłam
do bram twych ramion
gdzie niebo
otwiera się nocą
pragnieniem
w rozedrganym tańcu
płomieni
między pocałunkami
a dotykiem
zachłannym
kontury ciał
łączą się
w jedno