przyjazne maski
spadają
jedna po drugiej
gubią tożsamość
każdego dnia
pokazują
prawdziwą twarz
wroga
w ich oczach
zostaje
tylko strach
obojętność
i fałsz
bezsenna noc
rozrzuca gwiazdy
nie zdążysz
nawet
pomyśleć życzenia
jedna po drugiej
rozbija się
o bruk
jak drobne
kryształy łez
między
świtem a świtem
osacza mnie
noc myśli
splątanych
krok po kroku
dzień w dzień
uciekam w ciszę
zamglonych oczu
nie patrzę
w przeszłość
nie widzę
przyszłości
wsłuchana
w szum wiatru
odchodzę
od siebie
okaleczona
przez zło
zagłaskana
przez dobro
uciekam
wśród niechcianych
cieni wycinanych
drzew
ściga mnie
potwór
zwany życiem
wgryza się
we mnie
jak zaplątaną
w sieci zdobycz
pożera mnie
w całości
do granic
czy ja jeszcze
istnieje
pazur nienawiści
zagrodził mi drogę
czuje się wyrzutkiem
społeczeństwa
pośród mas
nic nie poradzę
niczego
już nie dokonam
kiedy
będę mogła usnąć
bez cierpienia
wszystko
jest chwilą
której mi brak
czas płynie
i śmieje się
z naszej bezsilności
ból rozdarty
na strzępy
opuszcza duszę
unosi się
coraz dalej i wyżej
by zapomnieć
zabliźnia
myśli powoli
zostawiając
po sobie
pustkę
w nieprzytomnych snach
chłostana lękiem
grobowej ciszy
wypala oczy bólem
łzy goryczą pieką
smagane ciało
jak porwany
wiatrem liść
w rozpaczy
targa włosy
kiedy przyszłość
nie ma znaczenia
a każdy oddech
woła pomocy
nadchodzi kres
ludzkiego cierpienia
w oddali
tylko płacz
ciche dźwięki
toczy