powiało chłodem
obojętność jesieni
spadała pod nogi
jak liście z drzew
z godziny na godzinę
czerwono-złote-zielenie
iskrzyły emocjami
chłód skrystalizował
sople łez
porozbijane
o parkowe aleje
samotności
brakuje słów
by opisać
ból tętniący
w skroniach
brakuje ciszy
by zagłuszyć
pustkę
rozpalającą duszę
brakuje nocy
by dzień
nabrał
właściwych barw
złoto-krwista
aleja jesieni
spłynęła deszczem
w kałuży
przeglądał się
smutek
wczorajszego dnia
rozdeptany
dywan liści
skrywał szczęście
potknęłam się o nie
niezauważone
zziębnięte i samotne
czekało
na swoją szansę
mijane pośpiechem
zapomniało
o sobie
między słowami
spaceruje samotność
skrywa smutek
za welonem wiatru
perły łez
nanizuje
na srebrną nić
wspomnień
liśćmi otula
jesień duszy
drży bo przyszła
za wcześnie
zburzyłam świat
ten co pod powiekami
ożywał nocą
znam go na pamięć
wypatrzyłam
w nim wszystkie
kolory
aż spopielały
codzienności bólem
kontury
zanikają powoli
aż ogarnie je pustka
nie szukaj mnie
gdy odejdę
za chmur kłębiastych
horyzont
muszę pozbierać
okruchy duszy
pogubione
w codzienności
zlepić te skrawki
by przetrwać
wrócę świtem
z mgłą jesienną
rozwieszę smutki
na pajęczynie myśli
lęki wiatrem
pogonię
by łzy utopić
w kałużach
i poczekam
na pierwszy promień
który przebije
obojętność
utkałam sieć
z nici niepamięci
zawieszam
na nich
kryształy łez
myśli
słowa
uczynki
zdobię duszę
koralami smutku
uśmiech gaśnie
gdy oczy błyszczą