nad szarym niebem
po czarnej ziemi
stąpamy boso
bez celu
spoglądając
za horyzont
szukamy oparcia
uciekamy
przed siebie
w tył i w bok
bieg wydarzeń
jak zagadka
życie
jest tylko
wielobarwną
paletą zdarzeń
nie do zatrzymania
niedokończone życie
jak książka
przerwana w połowie
sens znika
na kolejnych kartach
słowa tracą znaczenie
zdania pustoszeją
jak ulice
po zmroku
tyle jeszcze
trzeba powiedzieć
zanim się
zniknie
zapada cisza
myśli próbują
napisać
kolejny rozdział
balsam nocy
nie przynosi ukojenia
ranom zadanym
w świetle dnia
blizny
rysują drogę
do serca
kryształową barwą łez
cisza
tnie powietrze
jak brzytwa
słowa budują mur
by dusza
mogła w nich
uwięzić
emocje targane
wiatrem myśli
złych
wokół
panuje pustka
i nicość
nieświadomi
stajemy się
wspomnieniem
wypchnięto
nas na scenę
życia
marnych aktorów
bez znajomości ról
akty
kolejnych dni
uczucia
dzielimy na sceny
chcemy widowiska
inscenizacji
nieszczęścia
i grozy
premiera na żywo
ty jesteś reżyserem
wzlotów i upadków
to sztuka życia
wynurzony
z nienawiści
szaleńca
skrada się pająk
misternie tka
woalki
tęsknych pajęczyn
toczy
się stromą
powierzchnią ściany
czując się wyrzutkiem
samotność
jego przystanią
bez brzegu
gdzie konają fale
ciszą umarłego
a on
ciągle tka
nad ścierwem
krążą sępy
rozszarpując
na strzępy
okaleczają
oślepiają
nienasycone
umarła w nich dusza
został tylko
gorzki posmak
zdobyczy
tylko
czy znajdą
następną
spojrzałam
w oczy nocy
była przerażona
ukryła się
w koronach drzew
wtulona w chmury
srebrno-szare
czekała na świt
w pierwszych
promieniach słońca
jaśnieje je dusza
wiatr rozwiewa
mroczne myśli
zapisując je
pyłem gwiazd