kolejną zmarszczką
szkicuję ból
w kącikach ust
spod powiek
spływają emocje
kropla po kropli
drążąc skałę duszy
milkną myśli
słowo po słowie
zamiera sens
rozpacz
formuje szeregi
załamując gałęzie
zmęczonych rąk
co rano
rozpadam się
na atomy
lewituję
pomiędzy bytem
a niebytem
składając w całość
myśli i słowa
noc
jak świat
równoległy
zapada cicho
łapie atomy
w splątaną sieć
gwiazd
zostawiam
po sobie
cień blady
przyspieszam
z każdym krokiem
znikam bardziej
wiatr
zamazuje ślady
istnienia
kolekcjonuję noce
bezsenne i ciche
wypełnione pustką
aż po brzegi świtu
gubię dni
naznaczone pośpiechem
samotnością w tłumie
i bólem
rozdzierającym skronie
aksamitną czernią
otulona
szukam ukojenia
wśród zimnych ogni
gwiazd
między
kroplami deszczu
tańczą łzy
baletnice smutku
igrają z wiatrem
zatracone
w piruetach
wirują
z szarfą mgły
otulając duszę
nadzieją
zamknięta u pustce
siedzę w bezruchu
nie mogę złapać tchu
milknę
sparaliżowana
bólem dusza
uwięziona
w szklanej pułapce
myśli
nie rozwija skrzydeł
pustka
gęstnieje ciszą
zapada mrok
strach
zamyka oczy
i walczy ze sobą
jestem słowem
niewypowiedzianym
przeklętym
i świętym
szeptem pereł
zdobywam szczyty
kryształami łez
ranię duszę
aż do kości
buduję mur
z cegieł
równo dobranych
by krzykiem
ratować świat