tam, gdzie
nie widać oczu
zaczyna się
dusza
zarysowuje cienie
na ścianie nieba
kontury gniewu
przecinają
wzór na szczęście
tam, gdzie
nie widać oczu
kończy się czas
jestem
samotną wyspą
wokół mnie
cały ten zgiełk
ocean codzienności
fale
uderzają o brzegi
kalecząc ciszę
rozbijają dzień
na atomy zdarzeń
uciekają godziny
znikają ludzie
milknie strach
przed jutrem
rozpacz rysuje
horyzont
bez granic
bez słów
cisza
nabiera kształtów
cienie igrają
w płomieniach
gwiazd
księżyc
srebrem maluje
nieme obrazy
codzienności
samotność potęguje
cierpi smak nocy
cisza
zastyga nad miastem
niemy kokon dusz
oplata tajemnice
gwiazd spadających
jedna po drugiej
bez końca
mgła bezradności
opada na ramiona
tych co mierzą się
z bólem
nadchodzącego dnia
miasto
pochłania ciszę
niewidzącym krzykiem
naszych serc
spod pajęczyny rzęs
ucieka sen
utkany
z cienkiej nici
porozumienia
między nocą a świtem
maluje obrazy
wyobraźnią
szkicuje przyszłość
na akwareli przeszłości
gęsta mgła
spowiła las
tęsknotą
świt przychodzi
powoli
odkrywając
kolejne tajemnice
wiatr błąka się
od drzewa do drzewa
myśli ujadają
jak wilki w pełni
i tylko ptaki
zwiastują
dobrą nowinę
między
burzą a burzą
pęka niebo
pocięte bólem
nie ukrywa już smutku
za obłokiem półprawd
nie patrzy na miejsca
gdzie radością
oczy zamknięte
szukają ukojenia
rzuca kłody pod nogami
osłabiając słońce
czeka na wiatr
by oczyścił duszę
błękitem