wiersz
jest terapią
doskonałą
cierpienie
zaklęte w myśli
potrzebuje słów
by uśmierzyć ból
rozlicza sumienie
wystawiając
rachunek doskonały
milczenie
szuka metafor
dobra i zła
otwiera oczy
na krainę snów
tam dusza
odnajdzie siebie
noc odchodzi
za szybko
aksamitnymi ramionami
otula myśli
kołysząc duszą
sen
nie przychodzi
godzinami
cisza
rozsadza skronie
wspomnienia szarzeją
twarze bledną
postaci odchodzą
nadchodzi świt
nad ranem
ptaki opowiadają
najpiękniejsze historie
kolorują sny
kołysanką księżycową
im bliżej świtu
tym wyraźniejsze barwy
przebijają chmury
milkną
z pierwszym promieniem
słońca
przynoszą nadzieję
unosząc dzień
na swoich skrzydłach
łzy
serdeczny atrament
którym zapisuję
to co z duszy
zostało
skrawki nadziei
powoli składam
szukając sensu
w cierpieniu
między strofami
panuje cisza
tylko wiatr
rozgoni strach
przed burzą serca
z niepokoju
zbudowałam mur
trwalszy
niż spiżowy dzwon
codziennie
dokładam do niego
cegiełki bólu
przekładam je
nadzieją
i uśmiechem
w kąciku warg
czas przyniesie
rozwiązanie
ulga wydłuży mur
burząc jego początek
nocne niebo
mapa myśli
niepozbieranych
gwiazdozbiory
niepamięci
rysują drogę
od serca do serca
gwiazdy
czułe punkty życia
błyszczą słowem
mrugają oczkiem
spadają marzeniem
tak trudno związać
z sobą słowa
by nadały sens
przykurzonym znaczeniom
odbierają
lekkość miłości
obciążają ból
dodatkowym cierpieniem
uciszają rozpaczy
krzyk
między
słowem a słowem
rozwieszam
mosty zwodzone
drogowskazem myśli
i idę przed siebie
milcząc