zamknęłam drzwi duszy
przed szarością
codzienności
spopielały
tryb obowiązków
zaprząta myśli
od-do
dzień po dniu
ciemnieją
twardnieją
aż do kamiennej
niemocy zmian
i tylko
stalowe nerwy
naderwane troską
potrzebują
gołębiego puchu
by zatopić się
w srebrnej nocy
znalazłam schronienie
w myślach światłoczułych
jaśniejących nadzieją
na jutro bez trosk
na skraju tęczy
porzucam wczoraj
przepełnione bólem
słowa
jak kamienie
zostawiają trwały ślad
niezabliźnionych ran
dziś
wypala piętno
niszcząc misternie
utkaną duszę
milczenie
chroni przed obłędem
nie dając nic w zamian
i tylko księżyc
co noc
czeka z kołysanką
by sen ukoił żal
cisza buduje
most szeptany
od słowa do słowa
od myśli do czynu
rozbudza zmysły
wędrujące
brzegiem duszy
unosi się
na skrzydłach
by przemówić
krzykiem
dusza cierpi
w milczeniu
znacząc żal
kroplami łez
kryształy smutku
oprawia
w srebro nocy
naszyjnikiem tęsknoty
oplata szyję
aż do utraty tchu
dusza cierpi
w samotności
bo serce
szuka drogi
ucieczki
noc
samotna przystań
duszy umartwionej
aksamitem czerni
otula czas
płynący
zbyt szybko
do rana
łagodzi troski
pyłem gwiazd
posypane
księżycowym pyłem
maleją
by zniknąć
wraz z pierwszym
słońca promieniem
krzykiem mew
rozwiane fale
uderzają o brzeg
spokojnego morza
pachnie tatarakiem
szumiącym niepokojem
słońce niesione
na niecierpliwych skrzydłach
rozgrzewa
kamienne plaże serc
i tylko
latarnia morska
w ciszy
czeka na sztorm
duszy
wspomnienia
budują przystań
dla myśli
powracających
na brzeg duszy
łapią za serce
jak motyle
do siatki
łopotem słów
uskrzydlone
nie dają o sobie
zapomnieć
z nurtem łez płyną
do następnego
portu dnia