nocą gdy pamięć nie daje zasnąć ciężar powiek spada na duszę jak kamień kryształowe łzy księżyc zbiera do kałamarza atramentem smutku zapisujemy niebo zażaleniem bez urzędowego tonu żądamy wyjaśnień: dlaczego? zabrał nam szczęście nie daje szansy rani na każdym kroku okrada z marzeń karmi złudzeniemi nie daje odetchnąć... i tak do świtu a On zapalił tylko słońce i nie rozpatrzył naszej skargi
nie każdą winę da się odkupić nie ma takich uczynków które są dobre na wskroś nie ma takiej kary przed którą padniemy na kolana krąbrni zapatrzeni w siebie realizujemy chytry plan sukcesu depcząc marzenia innych rozpychając się łokciami brniemy po kolana w konwenansach brudu i kołtuństwa zatracając swoje człowieczeństwo za srebrniki nie ma takiego czyśćca w którym da się wyprać zabłocone sumienia
czas przemija minuty stają się godzinami pustynia zasypuje piaskiem sprawy na teraz słowa które przychodzą w odwiedziny stają się rozległym jeziorem z tatarakiem żalu
utracony przyjaciel nie odchodzi bez słowa kryje się głęboko osłoni nas by nie błądzić kalecząc sobie usta uleczymy duszę razem
na końcu pustki czeka myśl ogarnie przestrzeń cisza inspiruje do zdobycia szczytu wytrwałość pomoże obrać azymut droga choć wyboista nie pozwala zawrócić za horyzontem widać szczęście
nie odwracaj wzroku patrząc na odmienność twój strach rodzi nienawiść uzależnia od obelg i kłamstw w elegancko skrojonej hipokryzji uśmiechasz się zasiadając wśród szyderców na stanowisku ciemnoty nie pokazuj pleców ignorancja jak garb wyróżni cię w tłumie nietolerancji
siedzę przy oknie wyglądam ciebie widzę brzemienne zbożem pola lecę jak motyl zatrzepotać refleksją eterycznymi strofami uciec w świat marzeń rzucając czarodziejski pył na drzewa uśmiechające się zielenią infantylnie na pozór - jak dziecko tęsknię za tobą...