deszcz
czarne chmury
z trudem
przepychają
mokre brzuchy
pożółkłych liści
szum pod stopami
tych co spadły
i tańczą
jak krople mgły
co łzami
na rzęsach osiadły
podaruj mi
uśmiech swój najszczerszy
jak gorącą herbatę
która w zamian daje
dekalog codzienności
cichy niebezpiecznie
bóg płaczu
dba o moją niepogodę
wyznaję brak wiary
i pragnienia grzeszne
w tym dniu ostatecznym
odpuszczam
wszystkie winy
spowiadam się wam dzisiaj
bracia wilcy i siostry anielice
nieudolnie
potykam się o próbę metafory
zduszę w sobie wewnętrzny krzyk
uciszę gorzkie łzy świętości
wydaję dzisiaj
duszę moją
na wieczne potępienie
a ty weno
grzechów nie pamiętaj
bo żałuję szczerze
jeśli jest w życiu
miejsce na sens
to zamilknij
w biało-czarnej
codzienności
jak na szachownicy
dobra i zła
uczucia spopielałe
od trosk
gonią za marzeniem
barwnym i ulotnym
jak egzotyczny
motyl
przy pełni księżyca
czułości słowa
niczyimi
niewypowiedziane ustami
pełne tajemnic
przeminą
wargami martwymi
złapać próbuje
miłość ulotną
przyjacielu srebrny
boleśnie zachmurzony
spoglądasz
powiekami przymkniętymi
a ja wędrowiec
po ziemi pustkowiu
próbuje zrozumieć
duszy pragnienie
otworzę oczy
by wreszcie na jawie
dryfując
choć chwilę pomarzyć
szukam w lustrze
podobieństwa
do siebie sprzed lat
rozczesując wspomnienia
tuszując
niezapamiętane
i daty pomylone
karminą
zdobię miny
coraz dłużej
przyglądam się
różnicom
wyrytym głęboką
zmarszczką
za horyzontem
myśli nieodkrytych
we mgle
majaczy
kraina doświadczeń
bolesnych
wiatr
kołysze historią
wyrzucając na brzeg
szczęśliwe chwile
błyszczące smutkiem
nocnego nieba
cmentarz płonie
w jesiennym zmierzchu
wszystko barwi
kolorem płomiennym
przystrojeni
kobiercem złotym
ci co odeszli
szelest liści
pod stopami
alejkami
spacerują
wszyscy święci
jękiem przywitała
ich ziemia
ubrana w kir
w pośpiech tych
którzy mają sprawy
w leniwy spokój
czekających
w kolejkach
do niebia i piekła
w płomieniach zniczy