popatrz w chmury
ta burza
oczyści nasze dusze
piorun myśli
przetnie
niebo na pół
słowa
ciskane jak gromy
wbijają tamte dni
w kałuże łez
gesty
podmuchem wiatru
łamią gałęzie
jak pamięć
ja wezmę piekło
spopielałe
resztki życia
ty nadal bujaj
w obłokach
walające
się gruzy
huk wystrzałów
uczucia owinięte
taśmą izolacyjną
ściśnięte serce
umysł zgnieciony
pogrzeb marzeń
nadzieja
ucieka
przed strachem
rzeczywistości zapachem
obudzony
sen skończony
szału atak
niemocy ból
wbija się
łamiąc dusze
wyobraźnia
w lustrze szara twarz
płacze rozmyta
bo tu tylko krew
i krzyk matek
ratujących dzieci
między mną
a mną tylko
otchłań
patrzę na
przewrócone drzewo
dzieli
jedno na dwa
patrzę na siebie
widzę dwa światy
jak noc
i dzień
odchodzę i wracam
odpływam
tratwa uniesie ją
na delikatnych
falach jawy
śnij
by rano miłość
pukała do okna
i pozwoliła
uwiecznić
obrazy na płótnach
rzeczywistości
bądź moją wyobraźnią
by każdy sen
upojny
był w świergot
wiosennych słowików
przebywających
wśród
tafli kremowych
orchidei
kartka papieru
czysta
niewinna
prawie jak miłość
piękna
jeden
niewłaściwy
ruch piórem
rozlany atrament
i nagle wszystko
traci smak
odkrywcom
nieznużonym
raz
na tysiąc lat
pozwala się odnaleźć
to co nam
w duszy gra
nielicznym
zraniona dusza
okalecza
ciało
gestem silnym
nie znosi
sprzeciwu
myśli
skulonych
w kącie
oczu wbitych
w drewna
podłogę
krzyku
łez dławiących
potrafi
tylko
podnieść rękę
jak bat
bezradny
zrozpaczony
stoisz
w ciemności
krzyk
miliona kopyt
dudni
mknie
do bram wolności
do tych koni
serce przykuło ciebie
łańcuchem
to niewola
chwytasz za grzywy
siadasz na grzbietach
spadasz
biegniesz
jak oszalały
w tym obłędzie
szale
nie widzisz
nie dostrzegasz
że serce
dusi się w pułapce
zgniecione
wciśnięte
w mrok ziemi
ku wolności
codziennie
o krok
bez słowa
odchodzę
od siebie
nie myślę
nie czuję
nie słucham
nie patrzę
tylko
podążam
do celu
nieobranego
znalezionego
przypadkiem
między
być albo nie być