pod osłoną
księżyca
opatulona
jego srebrzystym
światłem
piję ciemność
w świetle
mroku
tworzę gwiazdy
i planety
nazywam wciąż
te same
morza i rzeki
biegnąc
przez grodzone
fiołkami ogrody
spojrzałam na włosy
strapione tęsknotą
zakwitło
marzenie
jak motyl
dotknięty
srebrzystą
kroplą rosy
pożyczam
od nieba atrament
piszę
a księżyc wygrywa
na cymbałkach
melodię
ciszą śpiewaną
i półmrokiem
wędrując
bez celu
szukasz sensu
między
radością a cierpieniem
dobrem i złem
uśmiechem czy łzą
napotkana
obojętność
to bezsens
nie trać
na nią
czasu
dzisiaj
jak cień
wczorajszego dnia
blednie
chcąc się
jeszcze przejrzeć
w lustrze jutra
na próżno
stroi się
w koronki nocy
z rozmazaną
czerwienią warg
by rozsypać
nad ranem
kryształy
słonych
wspomnień
nadjechała
niespiesznie
ale bez wahania
stanęła w progu
wiejąc chłodem
sumienia
na stół rzuciła
rachunki
zapłacone
i niewyrównane
w pośpiechu
wertowała pamięć
jak kartki
sztambucha
śmiała się
i płakała
żyła
choć za mało
bo w pośpiechu
gubiła godziny
dni
miesiące
lata
teraz ma chwilę
dla siebie
ostatnią
odchodzę
w ciemność
nocy
codziennie
od nowa
chowam się
za zaułkiem
poduszki
gdzie księżyc
ramieniem
otula czas
ten zły
gdy poranek
pędzi bezlitośnie
przed siebie
gubiąc południe
spóźnionych
spraw
ten dobry
gdy aromat
popołudnia
łagodzi stres
odbity
w twoich oczach
chowam się
za zaułkiem
poduszki
tak jest dobrze
bezradny
stoisz w ciemności
słyszysz
krzyk
bezbronnych koni
serce
przykuło
cię do nich
srebrnym łańcuchem
niewoli
zrozpaczony
chwytasz za grzywy
siadasz na grzbiecie
spadasz
biegniesz
jak oszalały
nie ma ram
nie ma granic
serce dusi się
w pułapce
nie widziałeś
że dotykałeś
jej codziennie
byłeś głupi
zbyt ślepy
zbyt pewny
by dostrzec
upragnioną wolność
przed trybunałem
potępieńców
narkotyczny
potok słów
pozbieraj popioły
uprzątnij
gruzy stuleci
pozbądź się
smrodu epok
żyj
budując ład
nie naginaj świata
do własnych celów
on żyje
dla wszystkich
choć
współcześni
go zlinczowali
bądź
jego dobrocią