poszłam na wagary
porzucając
na chwilę
życie
spaceruję
milczącym lasem
oddychając
rześką emocją
poranka
doganiam drzewa
stojące
w pośpiechu
by zaczerpniąc energii
z ich ramion
rozległych
ot tak
zwyczajnie
tańczę z wiatrem
w celi umysłu
uwięziona
odsiaduje wyrok
dożywotnio
skazana
na perfekcję
od świtu zbyt pilna
w południe za dokładna
za bardzo zajęta
wieczorem
w kajdany
pośpiechu
zakuta jak w dyby
bez szans
na widoki
na oddech
na wolność
wyszłam z siebie
w pośpiechu
zatrzaskując
bramy duszy
na kołku odwiesiłam
maskę codzienną
idę
nie oglądając się
za siebie
nie patrzę
nie słucham
nie myślę
odpoczywam
wolę
być sobą
stojąc obok
dryfuję
na tratwie
od dnia do dnia
od nocy do nocy
szukając
zacisznej przystani
portu zapomnienia
do którego
drogę oświetli
latarnia księżyca
wyspy bezludnej
trochę tylko
zaludnionej
oazy bez cienia
depczącego
po piętach spokoju
pamięć wraca
łzami deszczu
rozbija
kryształy żalu
o bruk
rozwiewa smutki
wiatrem szalonym
oczyszcza powietrze
by dusza
mogła odetchnąć
zatapiając się
na chwilę
w błękicie oczu
wpatrzonych
w dryfujące
okręty ciał
na wzburzonych falach
nocy i dni
szukamy
bezpiecznej przystani
wspólnego brzegu
zapomnienia
między
ciszą a milczeniem
złowrogi
hula wiatr
nie przynosi
rozwiązania
zamiata
pod dywan emocji
słowa dobre
słowa złe
zostawiając
tylko
te bez wyrazu