pożyczyłam natchnienie
od tych uśmiechów
zarysowanych czerwienią
i oczu zamglonych
szczęściem szeptanym
napełniłam nim duszę
by przelać na papier
myśli krążące
między
radością a smutkiem
jak między
sensem a bezsensem
dniem i nocą
tobą a mną
a dług mój rósł
z każdym
zapisanym słowem
pustka
oblepia duszę
niebezpieczną
pajęczyną myśli
ostre
jak brzytwa
słowa
rozcinają noc
na cienkie
tasiemki
bólu i rozkoszy
radości i smutku
cisza
to złudny balsam
nie leczy ran
pozwala im trwać
jak głuche
potrafi być wnętrze
karmione ułudą
tragiczne maski
nakładane
w zależności
od potrzeby chwili
nieprawda
skrywana
w skroniach
krew krążąca
w sercu
podobna
do trucizny
fałsz nieczysty
przerażająco
realistyczny
namacalnie dotkliwy
to krótkie ty
stworzone
choć na chwilę
to tylko ty
i twoje
kroki zmierzające
do piekła
w ten dziwny dzień
lirycznie tajemniczy
nierealistyczny
otulona kołderką nocy
rozgrzewam serce
skute lodem
uczuć zagaszonych
ich płomień
wypalił
nawet drwa w kominku
zostawiając
po sobie tylko
spopielałe ślady
gdzieś pod żarem
tli się
jeszcze iskiera
tego co nienazwane
może rozpali duszę
albo popiołem
pokryje myśli
niepokorne
już czas wyjść
z tłumu
identycznych ludzi
bezwzględnie
posłusznych
uwolnić swoje myśli
z więzów
i konwenansów
dać głos tym
którzy zostali
go pozbawieni
księżyc
oświetla blaskiem
szeregi ludzi
szukających rozwiązania
innego niż ustalone
nie ma odwrotu
my tu - oni tam
na barykadzie nowego
czekamy
zawędrowałam
nad rzekę
tam gdzie
prowadził mnie wiatr
przystanęłam
przy brzegu
by zapomnieć
mróz szczypał
w policzki
a ona spokojna
samotna
płynęła z prądem
niosąc ze sobą
ciężar lodowych łez
marzenia
skute lodem
czekają
na pierwszy promyk
słońca
we mgle
niedomknięte
okno trzeszczy
jak groźna
bestia
chłodny wiatr
szarpie ciała
wygłodniałym
podmuchem
szyderczy śmiech
czai się za drzewem
nicości
okno zatrzasnęło
swój pysk
wiatr ucichł
speszony
śmiech zniknął
ból istnienia
zatacza krąg
pozostawiając
rozpacz płynącą
po śmierci