potknęłam się
o własną duszę
gdy zrzuciła maskę
codzienności
odsłoniła
delikatność alabastru
pozwoliła się ranić
przyjmowała ciosy
jeden po drugi
aż skamieniała
skryta
zza tarczą słów
twardnieje
brzemię pamięci
przekuwam
w niepamięć
obrazy przeszłości
jak rozmyte
akwarele
znikają
pod białą wstęgą
olejnej pustki
i tylko
przytłumione dźwięki
znajomych słów
kołaczą do drzwi
za którym
został
już tylko
skrawek serca
co dnia
na oślep
przed samą sobą
uciekam
w głąb duszy
zaglądam
niewidzącymi oczyma
wyschniętymi łzami
odliczam
to co zapominane
co noc
jak ćma
szukam schronienia
w objęciach myśli
bezsennych
na skraju myśli
zawieszona
samotność
licytuje się
z życiem
o kolejny bezsens
odmierza
dni i noce
łzy i radości
słowa i gesty
powoli
rzucając je
w przepaść
oswajam demony
z którymi
przyszło mi
los dzielić
nie chce
już słuchać głosów
brzmiących
w myślach
dlatego
zamykam oczy
by nie widzieć
pustki
wypełnionej ciszą
po brzegi
milczę
by serca
nie ranić
choć już dawno
skamieniało
w dzikiej głuszy
samotności
zapadła cisza
mijają
długie godziny
pustki
tej na wyciągnięcie ręki
i tej w sercu
spopielałe
okruchy serca
już nie wskażą drogi
do drugiego człowieka
skąd wziąć siłę
by zawalczyć
o siebie
gdy sens stracił
kolejny dzień
w bezkresie
błękitu
znalazłam ukojenie
dryfowałam
na fali wzburzonej
od brzegu bólu
do szczęścia brzegu
na tratwie myśli
zbudowałam maszt
z nadziei
i płynę dalej
pod prąd