z dziurawymi
marzeniami
bez map i słowników
określamy
nasze istnienie
kaleczymy zegarki
przez wątpliwości
i wygłaszane
kłamstwa
czy my współcześni
poznamy
ważne prawdy
i wartość słów
przecież nie
uciekniemy
od niepokoju
i złudzeń
od tego świata
nie ma
już drogi
powrotnej
noc
cicho i pusto
delikatny chłód
przenika myśli
głuchy ton
rozbrzmiewa
między chmurami
gwiezdny pył
rozsypuje marzenia
znacząc drogę
aż do świtu
za horyzontem
myśl niepoprawnych
toczymy bój
igramy z potęgą
natury
idąc pod prąd
poprawności
depczemy nakazy
walczymy
samotni w tłumie
omijając
zawieruchy i burze
krętymi drogam
dążymy do celu
tylko
czy wystarczy
mam sił
na nową walkę
nienawiść szaleńca
śmieje
się z naszej
bezsilności
żyjemy
jak ziarenko
piasku w klepsydrze
bezimienni
z podciętymi
skrzydłami
pod poduszkę
chowamy
resztki nadziei
nie odgrywamy
wielkich scen
na świecie
dla nas
za małym
bezdomność
zagląda
do drzwi
ziewają ściany
a za plecami
chichot szaleńca
on już wie
że zniknie
w czeluści zła
znienacka
jak mgła o świcie
przytuliłam
marzenia
w dłonie
schwytałam wiatr
by unieść się
wysoko
niczym ptak
by nacieszyć
oczy blaskiem gwiazd
w spokojnym
oceanie uczuć
odkrytych
promienie
wschodzącego słońca
ogrzewają duszę
tylko przez chwilę
mrok
zabrał światu
resztki nadziei
wlecząc
za sobą smugi
ciemności
cisza
otula wszystko
dokoła
w srebrnej
poświacie nieba
niepogodzone
z przeznaczeniem
ludzkie wraki
trwają
szepcąc pacierze
a skostniała ziemia
jęczy
dotknięta skrzydłem
anioła śmierci
po którym
spływa
ludzka wartość
ściana
gdzie się
nie obrócisz
zawsze jest
ozdobiona
wspommnieniami
cierpi w samotności
bez fałszu
cierpliwie wysłucha
daje upust emocjom
najlepsze oparcie
człowieka
z oknem na świat