zabieram ze sobą
kolejny świt
by dzień
nie odebrał mi
woli walki
kolekcjonuje noce
towarzyszki
samotnych wyborów
i tylko dni
oddaje
wypełnione po brzegi
czas jest moim
sprzymierzeńcem
biegnie
byle do przodu
byle dalej
sam
wiatrem zniewolona
rozganiam chmury
z granatowego
nieba gniewu
burzą uczuć
rozpalona
ciskam gromy
na oślep
błyskami
rozcinam niebo
poranione
łzawi deszczem
obmywając ból
topię w kałużach
ostatnie smutki dnia
zabrałaś ze sobą
cały mój świat
zostawiając
garść wspomnień
na dnie rozdartej duszy
ten jeden raz
nie zapytałaś mnie
o zdanie
dlaczego
nie przegadamy
już żadnej nocy
bezpowrotnie bezsennej
nikt już na mnie
nie czeka
z sałatką i sercem
goryczą kawy
popijam ból
odeszłaś bez słowa
mamo
został mi tylko
niemy krzyk
samotności
między rzęsami
rozwieszam
obrazy niespełnione
cienie nocy
bezsennych
rozmazują kontury
uczuć poranionych
samotność świtu
nie przynosi ukojenia
biało-czarne szkice
nabierają kolorów
i trwają
aż do bólu
noc rozbita
na bezsenne atomy
liczy gwiazdy
spadające
z każdą myślą
słowa
lśniące pyłem
księżycowym
układają się
w rzędy strof
świt
przychodzi cicho
błyszcząc
bladym słońcem
zbiera ptasie
modlitwy
między
sercem a rozumem
zbudowałam pomost
z myśli niespokojnych
codziennie
pokonuję te drogę
przemierzając
kilometry uczuć
szukam odpowiedzi
na pytania niezadane
sprawdzam sens
ciszy niezmąconej
słowem gestem czynem
odmierzam kroki
od jawy do snu
od bólu do radości
od ciebie do mnie
między kroplami łez
na dzikiej plaży
fale rozbijają
skały uczuć
otulone
morską pianą
wsłuchują się
w szepty mew
bryza rozwiewa
niepewność serca
drżenie rąk
krzyki myśli
niepokornych
słońce rozgrzewa
ciszę między nami
dłonie błądzą
po równoległych planetach
a sen nadal trwa