idę nad przepaścią
mostem myśli
zawieszonych
między
wczoraj a jutrem
balansuję
na krawędzi
zdarzeń
pustych
słów nieodracalnych
przydepniętych
pośpiechem
niekończące się
dzisiaj
błyszczy
chłodem latarni
utrudniając
kolejny krok
przepaścią
jutra
po lichym moście
będziemy
się piąć
do góry
zakrztusimy się
bezsilnością
która
oplata
nasze skronie
moja metafizyka
nie istnieje
ale istnieje
metafizyka
o którą
sam zadbałeś
wspomnienia
i chabry na łące
które
rosną tylko
dla mnie
nad...przepaścią
dookoła
cisza
smutek
i rozpacz
dźwięcznie
wołają mnie
płomienie
niestrudzone
i wedrze się
nuta grzeszna
grzesznie
upajająca
podźwigną mnie
z mogiły
dwa księżyce
uniosą tajfunem
w przestrzeń
na zawsze
zapomniana
stanęła
przed zardzewiałą
furtką duszy
z pokorą
chciała
przekręcić klucz
niestety
nowa miłość
zmieniła zamki
pustka
bezmiar wszystkiego
co nas otacza
głęboko
zakorzeniona
w umysłach
przenika serca
tworząc
zamglone krajobrazy
pamięci
to dziś
tłumem zabiegane
bez szans
na wczoraj
z tlącym się jutrem
na horyzoncie
w pajęczynie życia
uwikłana
dzień po dniu
rozrywa pęta
na supełki
niepamięci
zawiązując plany
wplątana w marzeń
niebezpieczną nić
żyje tylko
od świtu do świtu
zmęczona
tęsknota
usypia głęboko
przykryta
kocem smutku
w ciszy
snuje
się oddechem
bezbarwnym
stuka
w okna serca
uparcie
przeciąga
się w myślach
subtelnie
czasem
wraca
nad ranem
marzeniem