niebo
wiosenną łzą
zazieleniło duszę
fiołkami
błyszczy teraz
brokatem słońca
na błękitnej tafli
dnia
cieplej
ciągniemy
w dół
przepaścią jutra
gdzie
po lichym moście
znowu będziemy
się piąć
każdy swoją
ścianą
wypijmy do dna
naszą
rozerwalność ramion
zakrztuśmy
się znowu
bezsilnością
czerwieniącej róży
która kolcami oplata
nasze skronie
błagamy o więcej
krzyżując
popiersia z kamienia
w jednym oddechu marzeń
w zapamiętaniu
wydobywam
słowa
które jak popiół
sypiesz
mi na głowę
bez wiersza
pustynia
zasypuje nas
piaskiem
spraw na teraz
słowa
przychodzą
w odwiedziny
zatamowany
potok zdań
staje się
rozległym jeziorem
z tatarakami
żalu
na powierzchni
kalecząc sobie usta
uleczając duszę
rozszarpani
na kształt krzyża
myśli bezdomne
rzucam w tułaczkę
aby na drodze
ludzkiego istnienia
kroczyły wśród
mroków ciszy
jak pochodnie
cóż
że nowy
wstaje dzień
że ptak
na niebie śpiewa
kiedy ty
i tak nie słyszysz
wołania
głosu
śmiechu serca
które
jest twoim niewolnikiem
na zawsze
po drugiej
stronie lustra
w bladym odbiciu świtu
szukała sensu życia
argumenty
tłukła jak szkło
myśli sklejając
nieudolnie
w całość
bez logiki
i przyszłości
z przeszłością
podartych listów
spalonych fotografii
i wypłowiałych
wspomnień
wydarła z nich
biała kartę
sumienia
nieużywane
zadusiły wyrzuty
nocnych mar
błąkających się
bez celu
zostań
na wyciągnięcie ręki
jak senne marzenie
nie odchodź dalej
niż na krawędź rzęs
byś nie utonął
w rzece łez
bracia
nie ma odwrotu
los
tak chciał
by stanąć
ramię w ramię
poleje się krew
z tysięcy ciał
wojnę toczą
z bronią w ręku
ze strachem
wśród krzyku i lęku
umilkli bogowie
honor nakazał stanąć
by walczyć
do ostatniego życia
nie wrócą do domów
wśród dźwięku fanfar
ranny jest do dobicia
o słuszną sprawę
walczy niewielu
gdy z wrogiem się starli
prysł zwycięstwa
niepewny mit
nie zawsze wygrywa
ten co stoi
gdy drugi w błocie leży
zwcięstwo jest tego
kto ma siłę spojrzeć
w twarz najeźdźcy
moralne zwycięstwo
w tobie zapłonie
przeciwnik twój
to szary gruz
stojąc
na krawędzi losu
nie słyszysz
krzyku
nie widzisz
łez
jesteś
tylko ty
i porywający
w nicość
wiatr
na skrzydłach
bezsilności
unosisz się
ponad
beznadzieję
powolne opadanie
w rozpacz
przynosi
pozorne ukojenie
te rany
na sercu
się nie zabliźnią
będą krwawić
do końca