nie milkną dzwony
pochwalne
obrzucających się
błotem
braci
wznoszą ręce
do nieba
a ty
łamiesz je
wichrami
wojny
patrzą w górę
z nadzieją
a ty
nie dajesz
znaku
życia
czekają
na chleb
bo kamienie
stępiły
im smak
modlą się
o jutro
bez zła
a ty milczysz
wierzą
ze wszech miar
a ty
gdzie jesteś?
gwiazda
spadła na ziemię
droga i cel
jeden bilet
powrotu brak
weszła do domu
miłość
rozpaliła
ogień w kominku
niebo
utrzymywało gwiazdy
las
przenosił słowa
deszcz
omywał łzy
słońce
dawało nadzieje
kamień
spadł na drogę
gwiazda zgasła
wiatr
tak chciał
zdmuchnąć płomień
zakrztuśmy
się znowu
naszą bezsilnością
czerwieniącej róży
która kolcami
oplata nasze skronie
ciągniemy
w dół
przepaścią jutra
gdzie po lichym moście
znowu będziemy
się piąć
każdy swoją
ścianą
słońce wschodzi
czas zacząć
kolejną grę
o brylantowe nic
życie
uwiera
tak bardzo
chce się wyrwać
skoczyć
z mostu bezsensu
na łeb
na szyję
znowu
zakłada
gorset egoizmu
jak ostatni krzyk mody
dla kogo
to wszystko
traci przestrzeń
gubi czas
na bliskość
nie wierzę
że istnieje
delikatna
pajęcza sieć
oplatająca nas
gdzieś
na przestrzeni wieków
wiarę
wiatr poniósł
w górę
gdy wraca nad ranem
zmęczona tęsknotą
usypia głęboko
przykryta
kocem smutku
po uszy
dokładnie
w ciszy snuje
się oddechem
bezbarwnym
bezkształtnym
czasem stuka
w okna serca
subtelnie
uparcie
jutro śpiewa
nam kołysankę
leniwie
drżąco
zostawiła nam
posmak nadziei
i odeszła
a my nawet
tego nie zauważyliśmy
za murem cynizmu
barykaduje się
tęsknota
uzbrojona
w lęk
przed brutalną
teraźniejszością
strzela
do świata
ostrą ironią
celnie
wychodząc z siebie
przyspieszam krok
by odejść
jak najdalej
nie odwracam się
za siebie
nie rozglądam
tylko nasłuchuję
jak stukot
kroków
cichnie w oddali
łza płynęła
po szkle
zwiewnym tańcem
ruchem zwinnym
jak szept
błyszcząca
niczym diament
z promieniami słońca
zamiast oczu
perłowym
uśmiechem witająca
w ciele
bez serca
spłynęła
gasząc
na zawsze
płomień duszy