to ciągle za mało
by cieszyć się słońca
promieniem
igraszką chmur
na bezkresnym niebie
to ciągle za mało
by liście barwą
muśnięte
bukietem wspomnień
się stały
to ciągle za mało
by szczęściem
kreślić myśli
podwójne
patrząc przed siebie
w tym samym kierunku
to ciągle za mało
by żyć
noc
kradnie kolejne
godziny
pełne myśli
zanużonych
w srebrnej ciszy
brokatowy pył
opada
zbyt wolno
minuty mijają
jeszcze wolnej
a powieki
nie chcą otulić
błyszczących źrenic
wiatr
zerwał jej z głowy
kapelusz trosk
goniła go między
kałużami
październikowych łez
zimny deszcz
zmył skronie
pokryte
bólem istnienia
zsiniałe dłonie
drżały z samotności
szczęścia
kolorowe liście
jak wspomnienia
spadały z drzew
by zapomnieć
marność
okryła blask
codzienności
skąpana w odcieniach
szarości
w barwach
najgłębszej czerni
rozdziera
światło na strzępy
zagubiona
w brunatnych odmętach
cierpi
zanurzona
w smutku bezkresnym
za życia
obdarowana śmiercią
dusza umiera
w zapomnieniu
podarła na strzępy
swoje życie
solą żalu
wypaliła oczy
za kratami rzęs
uwięziona
pustka błękitu
powiększa
swój bezkres
zagryzione
do krwi wargi
milczą
gdy dusza
z rozpaczy wyje
serce
cichnie
i bije już
coraz wolnej
skruszona
jak lód
ogrzewa się chłodem
nie policzę
już zgubionych
w pośpiechu
zachodów słońca
i mglistych świtów
pajęczych myśli
oplatających skronie
nie odzyskam
już widoków
przemykających
za szybko
słów rzuconych
na wiatr
zostały
korale kasztanów
jesienne liście
bukiety
mieniące się
czerwienią i złotem
są takie noce
jasne i ciche
bez słów
bez myśli
bez wytchnienia
zastygają w letargu
lśniącym
srebrną nicią
zawieszone
między
snem a jawą
rozciągają się
aż po horyzont