we śnie
jestem inna
znikają troski
zdejmuję maskę
boso biegam
pośród traw
wysokich
nie ma łez
gorzkich
jest słońce jasne
tańczę
w sukni zwiewnej
niczym motyl
między kwiatów
barwą
lecz noc się kończy
budzę się patrząc
w oślepiające słońce
znów trzeba
zacząć grę
ich drogi przecięły się
odważna inność
spotkała
zwykłą szarość
mijając ją pewnym krokiem
nie zauważyła fałszu
wyciągnęła dłoń
na zgodę
ale dostała
tylko pogardę
nienawiść
nieodwzajemnioną
bunt i strach
nieugięta
stała w milczeniu
z uśmiechem
i łzami w oczach
kolorowych skrzydeł
nie zamieni
na powszedniość
w szklanej klatce
życia
zamknięci
pantomimą gestów
okazujemy uczucia
bez słów
krzyczymy
z bólu istnienia
cisza rozdziera serca
jak maskę
obłudy
wrośnięty w czarną
ziemię stary dom
otulony sędziwymi
ramionami bluszczu
zaprasza
w swoje progi
malwy wyciągają
smukłe szyje
zagladające
w ciemne oczodoły okien
trawa na podwórku
pamiętają lekkość moich kroków
otwarte drzwi
witają przejmującym jękiem
znajome ściany
patrzą prosto w oczy
odtwarzając obrazy sprzed lat
pochłaniają półcienie
moich uczuć
na nadgryzionym
przez czas stole
stary porcelanowy kubek
który już dawno
przestał pachnieć swieżą kawą
jutro
nie zamieszka
wśród tych ukochanych ścian
tęsknię
przedwiośnie
spłynęło deszczem
oczyściło niebo
z szarzyzny
mieszając
biały puch
z błotem
gałęzie
tańczą z wiatrem
zachęcając słońce
by nie gasło
chcą nagość swoją
pokryć zielenią
zmarzlinę rozbić
przebiśniegiem
spokojnie
zakwitnąć nadzieją
nocą
otulona ciepłym
płomieniem świec
lubię
czerpać słowa
z twoich ust
jak z wodopoju
karmię nimi duszę
bez opamiętania
smakuję spojrzenia
delektuje się dotykiem
aż do świtu
budząc się ze słońcem
przechodzę na dietę
wdrapując się
na szczyt
trzeba pokonać
bezsilność
ominąć ludzki fałsz
kamiennego szlaku
i zmęczenie życiem
myśl
goni wspomnienie
uśmiech
zaciera łzy
oddech
zakłóca równy krok
zwalnia
strome brzegi
kaleczą
zabliźnione
niedawno rany
słońce oślepia
smutkiem
wymalowane oczy
im bliżej nieba
tym chmury nad głową
gęstnieją
otulając puchem
zatroskane zwycięstwo