dziś
pozwoliłeś mi
utonąć
w głębokim spojrzeniu
zaczarowałeś uśmiechem
wkradłeś się do snów
opanowałeś myśli
jutro
podarujesz mi oddech
letniej bryzy
westchnienia szczytów
o świcie
bukiet kaczeńców
muśnięty sennym słońcem
rozłożysz pod nogami
chodnik
nieskażony śladami
ludzkich stóp
pozwolisz zobaczyć
ciszę
posłuchać
nicości
zdejmiesz mi słońce
Z błękitnych zawiasów
złapiesz burzę
w cienką
pajęczynę marzeń
razem
zasmakujmy w miłości
nawet jeśli to tylko
kolejne słodkie kłamstwo
w ustach życia
wieczór
pachniał fiołkami
rozpalał zmysły
zatracając się do cna
w spojrzeniu ludzi
trzymających się
za ręce
w uśmiechu matki
bawiącej się
z dzieckiem
w łagodnym
dotyku mężczyzny
który pocieszał
kobietę w rozterce
czuję nad sobą jakąś moc
czy to nadzieja
złudzenie
podążamy innymi drogami
ale na rozstaju
spotkamy się
mgła zakryła widoki
wzniosę się
kiedyś nad obłoki
stamtąd mogę
spojrzeć na świat
jak ptak być wolną
czuć i nie czuć
płakać i śmiać się
jednocześnie
a wieczór
pachniał fiołkami
rozpalając zmysły
do cna
codziennie
bez pośpiechu
równym krokiem
po kamiennych schodach
idę w dół
raniąc myśli
rozrywając sens
na strzępy
widzę
jak spala się
na popiół
ogień
koi ból
spokoju
świadomie
oddalam się od nieba
by w chłodzie błękitu
nie tracić marzeń
błądze
w mieście
moich myśli
o kilka przecznic
za daleko
o otwarcie drzwi
za blisko
z modlitwą
by cię nie pochłonął
ciemny zaułek
burzliwego dnia
próbujemy dopasować
obce przestrzenie
ścieramy
palce do krwi
o ostre krawędzie
ulicznych bruków
cementujemy
każdy kamień
w murze
naszego schronienia
z uporem maniaka
wznosimy
dom za domem
ulicę za ulicą
dzień za dniem
by nie zburzyć nieba
między
niczym
a wszystkim
jest granica
której bez strat
przekroczyć się
nie da
stoję pod krzyżem
zza drzew
podgląda nas świat
jakby od dzieciństwa
nie przybyło nam lat
i tylko
droga prosta została
gdy krzyk modlitwy
kwiat bez korzeni
rzucony w pogoń
wraca odbity
nie licząc na świat
że los się zmieni
marmur pokryty
miłością śniegu
boi się zacząć
dziś wszystko
od nowa
znów wstać do życia
do tego biegu
wszak
ostatnie słowo
należy do nas
na skrzydłach wiatru
przyleciała
pachniała
świeżością świtu
i wschodzącym
słońcem
chciała zmienić
bieg zdarzeń
zakwitnąć na nowo
nadzieja
rozsądek
nie pozwolił
zabrnąć jej za daleko
spopielała codziennością
teraz tęcza
między
bielą a czernią
jak między
dobrem i złem
iskrzy się
srebrem łez