zajrzeć
w głąb studni
to lustro duszy
szału atak
niemocy ból
poruszy wnętrze
wbija się
łamiąc duszę
wyobraźnię
nadzieję
złączone
siła marzeń
troska z cierpieniem
w lustrze
szara twarz
płacze
rozmyta
sam
dla siebie
żyłeś
niepotrzebnie
wystarczy
zrobić
krok
w srebrzystą sieć
by stawiając
stopę na ziemi
mieć złudzenie
że panujesz
nad swoim
życiem
wydostać się
nie możesz
twe ciało
słabnie nagle
a umysł się chwieje
pochłania cię
ciemność
staczasz się
po zboczu
żywisz nadzieją
póki wiatr
nie rozwieje
myśli
półsłówkiem
półgębkiem
półsensem
określasz
swój byt
półtonem
półszeptem
prosisz
o głos
półchwili
półżycia
półchęci
ciągle
to pół
brakuje
by zaistnieć
pustka
po brzegi
wypełnia
każdą
minutę
czekania
na cud
na dnie
czary
goryczy
czeka
pełnia
rozczarowania
teraźniejszością
fragmenty nocy
jak puzzle
rozsypały się
na bruku
w pośpiechu
układasz
od nowa
obraz niepamięci
próbujesz
ukryć brakujące
emocje
iluzją barw
na dnie smutku
zatopione marzenia
czekają
na suszę łez
perlących
wiatr
przygnał ciszę
rozpaloną
złotem
w milczeniu
wypala perły
by przehandlować
za nie duszę
w ciszy
przedwiecznej
szukam ukojenia
przez
niepoliczone dni
duszy
samotność
miesza się
z nieufnością
rośnie
najtwardsza skorupa
przyjdzie
taki dzień
gdy
pęknie
z hukiem
się rozpadnie
wyleci z niej
skrzydlata siła
krocząc po świecie
urośnie
stanie się sojusznikiem
najsilniejszym
z silnych
pomoże
znaleźć kogoś
kto wypełni pustkę
idącego samotnie w gąszcz
nieokreślonych ludzi
po drugiej
stronie życia
siedzi
białowłosy starzec
łowi
zbłąkane uśmiechy
chcąc poznać
ich smak
nareszcie
złapał
złotą rybkę
wypuszcza
ją bez słowa
odchodzi
w nicość
ze spuszczoną głową
wie
że już
tu nie wróci
wystarczy mu
tylko marzenie
jasna tarcza
księżyca
płynie
po czarnym płótnie
nocy
nad sadem
cisza
zapadła
wsłuchując się
w modlitwy
złowione w sieć
wiatru
które nigdy
nie cichną
burza
grzmi ciszą
zapisując niebo
ulotnym słowem
wiatru
na skrzydłach
obłoków
unosi krzyk
pełen łez
atramentem
bólu
rozdziera
pamięć
na strzępy
nie zatrzymuj się
na ścieżkach
brudnych
choć lepsze są
od zakrętów trudnych
proste drogi
są bardzo kręte
ścieżkę życia
wybieraj sam
nie ulegaj
wyborom innych
bo zaprowadzą cię
w złe miejsce
krok po kroku
chcę
dogonić cień
słonecznym
promieniem
nie krzyżujemy
swoich dróg
nie podajemy
dłoni
depczemy
sobie po piętach
w milczeniu
trzasnęłam okiennicami
zamykając
duszę przed przemocą
świata
zewnętrznego
zabarykadowałam
serce murem
rymowanych słów
nie dopuszczając
skarżonego bólem
tlenu
uzbrojona
orężem pokory
i sprawiedliwości
wytrwałością spiżu
monumentem walki
piórem
wytaczam działa
co dnia
a teraźniejszość
tłamszona
pięścią nienawiści
zamiera
w samotności lęku
biegnąc
przez grodzone
makami ogrody
spojrzałam na włosy
strapione z tęsknoty
słońce sypało
nad głową
kopiejkami słów
a księżyc wygrywał
na flecie melodie
ciszą śpiewaną
i półmrokiem
sen
wlewa się do gardeł
ociekając
jest cichy
jak krew w żyłach
napełnieni
po brzegi chmurnością
zdumieni szelestem
spadamy
ciemno
zatrzymujemy
swój smak
przed porankiem
zamkniętym zachodu
pomrukiem
w zachwycie muśnięty
ciszą graną strunami
przy stole
rzeźbionym nadtroską
nie budź mnie
proszę
bezimienni
biegniemy
ścieżką marzeń
zwycięstw
porażek
gonimy
sens życia
kochamy
tracąc uczucia
bezimienni
szare dni
płyną jak rzeka
która nigdy
nie dopłynie
do celu
powietrze dusi
zabija
słońce grzeje
chce wypalić
uczucia
nie pamiętać
co było
za późno
wiatr wieje
wyrywa z ziemi
ból i cierpienie
za horyzontem
błogiej myśli
wiatr
będzie miał życzenie
jego słowo
kluczem
serca
drzwi zamkniętych
marzeniom
dał mi skrzydła
ze snów
zszyte
że mogę wzlecieć
gdy zamknę oczy
słyszę jak śpiewa
jak nawołuje
po pustych sercach
tych
co nie mogli
z sobą ulecieć
tych
co zatarli
swoje ślady w stepie
zaklęty ból
targa
naszym ciałem
przypominając
że wszystko
w naszym życiu
jest kruche
tymczasowe
a potem już
tylko nicość
połamałam
resztki dnia
jak czerstwy chleb
z trudem połykam
kolejny kęs
rozkruszam
kolejne
troski
by zmniejszyć
ból nocy
dusza
zamiera w ciszy
myśli
nieokiełznanych
serce
zastyga
nie pompując
emocji
oczy zachodzą
mgłą
wspomnień
i tylko rozum
nie traci
czasu
wybiegając
w teraźniejszość
gdy niebo
zajdzie jutrzenką
ognistą
gwiazdy
przedzierać
się będą przez ogień
ostatni raz
zatęsknię
za tobą
na granicy snu
tam gdzie noc
jest najpiękniejszym dniem
wstąpię do raju
za grzechy
popełnione za życia
za miłość
płonącą jak niebo
za ognień duszy
skutej lodem
i jak Dante
zwiedzę trzy światy
i w żadnym nie
znajdę ciebie
Styks przepłynę
wszerz cały
i stracę nadzieję
pociemniało
przytknęłam
nost do szyby
niebo szlochało
troskami dnia
grzmiało bólem
rozdzierając
nadzieję nieba
i tylko
łzy rytmicznie
uderzały
o kamienne ulice
naszych serc
płyniemy
po bezkresach
nas
zawijamy
do nieznanych portów
by nie rzucać się
z rozpaczy
w morską otchłań
za burtę
mijając
rafy koralowe
mimo niepomyślnego wiatru
płyniemy
pod pełnymi żaglami
kierując się
kompasem dobra
podziwiamy życie
piękne
jak zachód słońca
poza zasięgiem
sztormów
czeka nas
cichy port
w barwach
najgłębszej czerni
skąpany
w odcieniach szarości
uleciał ku górze
targany wiatrem wschodu
motyl
lekko uniósł
się nad ziemią
by opaść
i wznieść się
ponownie
uleciał ku górze
opętał wszystkich
urodą
i padł wśród traw
kończąc
swój żywot
pogrzebany
w smutku bezkresnym
za życia
śmiercią obdarowany
duszą prosi
o jedno żywe wspomnienie
gdzie jest granica
przetrwania
życia
bez bólu
bez łez
bez rozczarowań
ile trzeba znieść
by pokonać
strach
dławiący
garściami złych
wiadomości
ile waży sumienie
że ciągnie
nas w otchłań
zapomnienia
krwi
wody
jaka siła
zaciśnie pętlę
bezradności
oswojone lęki
wracają
nocą
zadomowione
przysiadają
na poduszce
codziennie
zostają
na dłużej
tylko cień
latarni
zasłania
im mleczną
drogę ucieczki
donikąd
zwodzony most
twoich ramion
zamyka
drogę
do twierdzy
serc
tuż
nad
przepaścią
dusz
w nonsensie tkwiąc
nie widzimy
sensu zmian
brnąc
tak bez końca
idziemy
stojąc w miejscu
za nami tylko
kurz straconych
szans
przed nami
ruchome piaski
dnia kolejnego
chaotycznie
rozkołysane niebo
płynące w dal chmury
kto wie dlaczego
nadają nastrój
niesłyszalnego hałasu
niebo się kołysze
łaskotane ostatnim
promieniem słońca
kierunek nieznany
i cel
niewyznaczony
czas podróży
nieważny
zapada niewytłumaczalna
ciemność
wirtualna era snów
przykrywająca
samotnego anioła
który jeszcze
nie odleciał
i tylko chmury
w ciemniejących barwach
radośnie płyną razem
w bezkresną dal
kawałek po kawałku
obumieramy
od środka
bezimiennie
szukamy ciepła
iskierki nadziei
rozpadamy się
na miliony cząsteczek
pozostawiając tylko
niezmienną twarz
jesteśmy
elementem czasoprzestrzeni
bezprzyszłościowym
kompromisem
histercznym
krzykiem o szczęście
bezsensownym maratonem
donikąd
w poszukiwaniu szczęścia
upiła się życiem
na smutno
wychylając
kolejny
kieliszek łez
zagryzając
czerstwym wczoraj
w lustrze nocy
zauważyła
jutro
bez apetytu
z tętniącą skronią
idzie
na przekór
sobie
pod wiatr