słodyczą kłamstw
zabijasz
kolejny dzień
bukiety
słów
zrzucasz
na wiatr
niepotrzebnie
nie przetrwają
tej wojny serc
zwiędną
zapomniane
zbieram
perły deszczu
do szkatułki
wspomnień
na brzegu
plaży
zapomnienia
kryształy łez
nanizałam
na nić
niepamięci
jak bursztyny
wyrzucone
w piach
przewiąże nimi
nadgarstki
na pamiątkę
w mroku promieni
idziemy
po omacku
oślepieni
fałszem tłumu
szukamy
światła
oczami duszy
widzimy
więcej
słysząc
jak najmniej
słów
zasnąć
by
zatonąć
w głębi nocy
bezpowrotnie
odkrywać
pod powiekami
nie zdobyte
jeszcze lądy
dryfować
w objęciach
Morfeusza
bez końca
by
zbudzić się
na szczęśliwej
wyspie dnia
jak pustelnik
stoję
na skraju końca
rozmyślam
nie widzę słońca
popaść
w zapomnienie
zniszczyć
ostatnie wspomnienie
ulepiona
z gliny marzeń
z wiatru zdarzeń
rozpalona
żarem gniewu
rozkładam
skrzydła
poszukuje lądu
miejsca
wolności
kolejny dzień
zabijam
powoli
przekręconym
licznikiem
spraw załatwionych
i stosem
szans
niewykorzystanych
hałasem ciszy
brzmiącym
złowrogo
godziną
rozciągniętą
od świtu
do świtu
powoli
zabijam
kolejny dzień
w łachmanach
na ławce
odpoczywa
los zadrwił
z niej
codziennie
budziła
się z nadzieją
próbowała
wdrapać się
na szczyt
spadła
na samo dno
liczyła
na pociąg
do stacji
miłość
nie zdążyła
świat dookoła
traci barwy
i sens
psuje każdą
chwilę życia
zrujnowała
przyszłość
zatrzaskując
za sobą drzwi
los wykupił
jej bilet
w jedną stronę
na stację
dla przegranych
nie da się
tak po prostu
wyjść
z własnego życia
zamknąć drzwi
przed nosem
innych
zatrzasnąć
wspomnień
w szczelnej klatce
przeszłości
zostawić
niedokończone
sprawy
ważne
i błahych stos
nie da się żyć
gdy ciało
za ciasne
dla duszy
cierpienie
w słowa
zaklęte
nocą ból
dzieli
na strofy
lęki
składa
w rymy
dokładne
nadzieję
skrywając
między
wierszami
rozgrzesza
świat
oskalpowany
z ideałów
wyższych wartości
wymoszczony
kłamliwą
propagandą
postępu ludzkości
paraliżująca
niemoc człowieka
wyjść
z chmary
identycznych ludzi
posłusznych
aż do bólu
uwolnić
myśli
z ramowych więzów
zwrócić rozum
stadu
zbaranianych owiec
trzeba
wytyczyć
nową drogę
by dać
głos
milczącym
już czas
życie
labirynt bez końca
pełen niskich sufitów
przepaści
jeszcze nieodkrytych
ścian
ustawionych
po kątem prostym
zapadniętych
pułapek
w drodze
do tunelu
bez tlącego się
światła
z Tobą
najlepiej rozmawiać
milcząc
sensu nabiera
każde westchnienie
trzepot rzęs
dotyk dłoni
dialog dusz
pełen słów
milczące
między nami
kaleczą duszę
zostawiając
ciernie
wbite prosto
w serce
smagają
jak bicz
te rany
nie zabliźniają się
choć
to tylko słowa
gordyjski
węzeł życia
jak pętlę
zaciskasz
mi na szyi
troski
zasupłane
w pośpiechu
nie do rozwiązania
uśmiechy
bólem skręcone
w grymas
szczęśliwości
rozsadzają
skronie
kłamstwa
przecinają tętnice
sznurem
obietnic bez pokrycia
zbłądzić
ludzka rzecz
ignorancja przesycona
zapachem
toksycznego strachu
ciężar
pierworodnego
grzechu
skażonego kłamstwem
śmieje się w twarz
samodestrukcja
pokój zagracony
tomami ksiażek
ostatni gest przemocy
natężenie
krzyku słabnie
bez chamstwa
zawiści
marmurowe
kolumny
wzniosłych marzeń
obnażają ból
filozofia tej gry
jest prosta
ostatni zmysł
pozostawić
w stoickim spokoju
na krawędzi dachu
o pół kroku
zawieszona
w bezruchu
szukam sensu
wczoraj
uciekło
w długie godziny
bezludnej
wędrówki
dziś
walczy
o przetrwanie nocy
o jutro
mgła zawiści
ogranicza
spojrzenie
kłuje w oczy
gestem
fałszywym
drapie w gardło
słodyczy
cykutą
powoli opada
otacza
rozczarowaniem
kolejny dzień
na mapie serca
zaznaczam
kolejne porty
do zamknięcia
gaszę latarnie
duszy
by nie zawędrował
do nich kolejny
zbłąkany wędrowiec
przeludnione myśli
nie tworzą już
szczęśliwych wysp
zimny front
przynosi
ukojenie samotności
na rozgrzanej
plaży rozczarowania
rzucam codzienność
nudną i chmurną
w pośpiechu nocy
pakuję plecak
emocji
zabieram
z sobą
ciepły sweter
i niepamięci garść
ulubiony wiersz
i ciszę
zaklętą
w wyblakłej fotografii
zostawiam
postronki nerwów
zszarganych
i maskę
na dzień
wchodzę w ciemność
za sobą
zostawiając wczoraj
jutro świat
może
się skończyć
i odwrotu
od marzeń
nie będzie
zgniotę
miłość
w papierową kulkę
i rzucę
gdzieś w kąt
gabinetu
chirurga
rozdartych serc
nie będę
wróżyć
z płatków akacji
pisać wierszy
spakuję walizki
pobiegnę
na lotnisko
i już
nie wrócę
może jutro?
na niebie
gwiazdy
wokół cisza
w cichej uliczce
siedzą
wpatrzeni w siebie
on i ona
przerzucają
kartki wspomnień
których
czas
nie uleczył
nie widzą nic
poza sobą
ciche wyznania
pięknie
razem wyglądali
tej nocy
nic nie mogło
ich rozłączyć
lecz noc
minęła
a z nią
sen o pięknej
miłości
ona i on
podziwiają
te same gwiazdy
każde
w swoim oknie
kradnąc
twoje sny
zraniona
odrywam
kawał serca
chwytam w dłonie
ciąg słów
przyćmiewam
fałsz
zdradę
naiwność
ale nie mam
żalu
sentymentu
czy miłości
pękło
wszystko
jak bańka mydlana
wolność
samotność
życie
znikam
wszystko
zapomninam
tylko
nie kradnij
moich snów
opór
uświadamia
nasze istnienie
od bezsensu
do sensu
dusza wypełnia
przestrzeń ciała
od ściany
do ściany
opór podłogi
marzenia
wbija w ziemię
odbite
od dna
przebijają
sufit nieba
siła
orlich skrzydeł
opór
wspomnienia
jak ludzie
odchodzą
w świat
nie oglądając się
za siebie
szukają przystani
by zapomnieć
między
kocham a odchodzę
trzeszczy
brama serca
wysłużona
nie pozwala
trzasnąć drzwiami
nie domyka się
jak wyciągnięta dłoń
dając szansę
na cichy powrót
tylko
usta milczą
deszczem łez
zbrodnia
na sobie popełniona
doskonała
precyzyjna
jak cięcia
duszy
rozszarpanej
skrojona na miarę
jak klatka
w której
uwięziono sens
kolczastym drutem
myśli
rozrywa skronie
codziennie
od nowa
przeciwko ludzkości
skierowana
dokonała się
we mnie
w tobie
w nim
w niej
zamach na wolności
spętanej
w kajdany
konwenansu
ludobójstwo
został
tylko afekt
serca
skołatanego
bezkarny
szukam
czego nie zgubiłam
gdzieś
za wczorajszym
wspomnieniem
zaklętym
w mroku poranka
załzawionego
nocą
błądzę
ulicami pośpiechu
by odnaleźć
myśli i słów
nie pogodzi
zgiełk bezsilny
gdy zbrodnia
na sercu
dokonana
na pustyni emocji
powoli
usycha czułość
niewypowiedziana
narodziłeś
się bez imienia
pierwszy haust
powietrza
zmroził
bezbronne płuca
podniósł
się okrzyk buntu
jesteś
nieszczęśliwy
los
cię skrzywdził
rozejrzyj
się dokoła
świat
tonie we łzach
tonie we krwi
ból i cierpienie
jedynie
czujesz krwawe
krople deszczu
który nie oczyści
już świata
czujesz
delikatne muskanie
wyjącego z bólu wiatru
który nikomu
nie przyniesie ulgi
w przedwiecznej
ciszy
szukam ukojenia
nie słyszę nic
w duszy
brak zaufania
kłębią się i rosną
niepokoje
serce
jak z lodu
najtwardsza skorupa
czasem tylko
wyleci z niej
skrzydlata siła
od lat tłumiona
krocząc po świecie
urośnie w siłę
idącego samotnie
w gąszcz
nieokreślonych
i podłych
ludzi