nocą
ból istnienia
kumuluje swoją siłę
w lędzwiach
paraliżuje
jak narkotyk
duszę
dławiący oddech
wspomień
bez czucia
bez szans
na lepsze jutro
kolejne
powolne konanie
do świtu
ranek
przyniesie antidotum
na truciznę myśli
zaklęty
w klepsydrze
czas
płynie
swoim rytmem
nie spieszy się
powoli odlicza
ziarnko
do ziarnka
a my i tak
za nim
nie nadążamy
słowa
przerażają obrazem
krzyczą bólem
ronią łzy rozpaczy
mordują sens życia
i gaszą ostatnią
iskierkę nadziei
obrazy malują słowa
zachwytu
i wszystkie
wschody i zachody
słońca
mówią: samodzielna
myślą: samotna
jest: sama
egoistka?
mówią: zaradny
myślą: chciwy
jest: zdolny
karierowicz?
mówią: przyjaźń
myślą: protekcja
jest: obłuda
rozczarowanie?
mówią: szczęście
myślą: pieniądze
jest tylko
szara rzeczywistość
szukamy przestrzeni
wypełniamy ją
emocjami
trzymamy w ryzach
wybierając odpowiednie
komnaty życia
człowiek
posiada swoją siłę oporu
wybierając
najlepsze zdarzenia
decydujemy
o sobie
nie zatrzymuj się nigdy
na brudnych ścieżkach życia
bywa
że te najlepsze
są bardzo kręte
ścieżkę wybieraj sam
nie ulegaj
wyborom innych
bo w złe miejsca cię zabiorą
zastygła
w ciszy myśl
nabiera wartości
bez emocji
chłodnej kalkulacji
bez podnoszenia
tonu
wypowiedziana
osiągnie
zamierzony cel
po drugiej stronie
lustra
obdarta ze skóry
dusza
powoli gaśnie
przestała
uśmiechać się
głeboką zmarszczką
błyskiem w oku
i tym grymasem ust
który on tak lubi
w ciszy
skupiona
z kamienną maską
zastyga
by zmierzyć się
z upływającym
za szybko
czasem
szklany dom
zbudowany z marzeń
ideałów
i wielkich słów
zburzył kamień
niedbale rzucony
w okno
na bruk
posypały się
kryształowe
łzy murów
a dach
zalał się
krwią
i tylko szczątki
fundamentów
przypominają
że trzeba
marzyć dalej
brakuje słów
gdy brat
strzela do brata
brakuje sił
by złapać za broń
brakuje sumień
by śmierć niewinnych
wziąć na siebie
została
bezradność
i łzy
ciemność nocy
tak różna od innych
ofiarowana demonom
z niej wyrywa się
przeraźliwy krzyk ciszy
który słyszą tylko
nieliczni
wsłuchani
we własne sumienie
boję się ciemności
bo nie widzę siebie
potrzebuję
białą laskę
jako pewność
że się nie zgubię
szukając światła
oddałabym duszę
za jego promyk
jeśli nie w moich oczach
to niech
sercu zaświeci słońce
potokiem krwi
spływa bruk
czarny
zadeptany buciorami
spałowany ból
nie przerywa buntu
o wolność
o prawdę
o życie
palące serce łzy
nie przestają spływać
z matczynych oczu
ich dłonie tulą
zimnych bohaterów
zagrzewając do walki
tych, którzy
nie chcą na brata podnieść ręki
cierpiącej matce
nie odmawia się racji
bezradnie patrząc
na śmierć
staje się przecież
po stronie katów
przebiły skostniałą
skorupę ziemi
by spojrzeć słońcu
w twarz
zanikającą szarość
przednówka
zazielenią nadzieją
ukwiecą drogę
do codzienności
wznoszą dzwonki
ku niebu
błyszczą
by powitać wiosnę
prawdziwa miłość
zniesie tylko
dwa kłamstwa
pierwsze
i ostatnie
już nie czeka
na wyjaśnienia
promienne
kolejna bajka
bez morału
pakuje wspomnienia
do starej walizy
i wystawa za próg
zaufanie
drze
jak stary bilet
z kolejnej podróży
na stację samotność
nie przychodźcie
do mnie
myśli złe
stojąc w świetle gwiazd
nie czekam was
rozmawiam z duszą
zaniepokojoną
dniem szarym
i pustym
nie szarpcie nerwów
nieukojonych
nie zabierajcie
snu
przykrótkiej nocy
zostawiam
otwarte okno
chłód
was przepędzi
ogrzewając łzy
ciszy
dziś
pozwoliłeś mi
utonąć
w głębokim spojrzeniu
zaczarowałeś uśmiechem
wkradłeś się do snów
opanowałeś myśli
jutro
podarujesz mi oddech
letniej bryzy
westchnienia szczytów
o świcie
bukiet kaczeńców
muśnięty sennym słońcem
rozłożysz pod nogami
chodnik
nieskażony śladami
ludzkich stóp
pozwolisz zobaczyć
ciszę
posłuchać
nicości
zdejmiesz mi słońce
Z błękitnych zawiasów
złapiesz burzę
w cienką
pajęczynę marzeń
razem
zasmakujmy w miłości
nawet jeśli to tylko
kolejne słodkie kłamstwo
w ustach życia
wieczór
pachniał fiołkami
rozpalał zmysły
zatracając się do cna
w spojrzeniu ludzi
trzymających się
za ręce
w uśmiechu matki
bawiącej się
z dzieckiem
w łagodnym
dotyku mężczyzny
który pocieszał
kobietę w rozterce
czuję nad sobą jakąś moc
czy to nadzieja
złudzenie
podążamy innymi drogami
ale na rozstaju
spotkamy się
mgła zakryła widoki
wzniosę się
kiedyś nad obłoki
stamtąd mogę
spojrzeć na świat
jak ptak być wolną
czuć i nie czuć
płakać i śmiać się
jednocześnie
a wieczór
pachniał fiołkami
rozpalając zmysły
do cna
codziennie
bez pośpiechu
równym krokiem
po kamiennych schodach
idę w dół
raniąc myśli
rozrywając sens
na strzępy
widzę
jak spala się
na popiół
ogień
koi ból
spokoju
świadomie
oddalam się od nieba
by w chłodzie błękitu
nie tracić marzeń
błądze
w mieście
moich myśli
o kilka przecznic
za daleko
o otwarcie drzwi
za blisko
z modlitwą
by cię nie pochłonął
ciemny zaułek
burzliwego dnia
próbujemy dopasować
obce przestrzenie
ścieramy
palce do krwi
o ostre krawędzie
ulicznych bruków
cementujemy
każdy kamień
w murze
naszego schronienia
z uporem maniaka
wznosimy
dom za domem
ulicę za ulicą
dzień za dniem
by nie zburzyć nieba
między
niczym
a wszystkim
jest granica
której bez strat
przekroczyć się
nie da
stoję pod krzyżem
zza drzew
podgląda nas świat
jakby od dzieciństwa
nie przybyło nam lat
i tylko
droga prosta została
gdy krzyk modlitwy
kwiat bez korzeni
rzucony w pogoń
wraca odbity
nie licząc na świat
że los się zmieni
marmur pokryty
miłością śniegu
boi się zacząć
dziś wszystko
od nowa
znów wstać do życia
do tego biegu
wszak
ostatnie słowo
należy do nas
na skrzydłach wiatru
przyleciała
pachniała
świeżością świtu
i wschodzącym
słońcem
chciała zmienić
bieg zdarzeń
zakwitnąć na nowo
nadzieja
rozsądek
nie pozwolił
zabrnąć jej za daleko
spopielała codziennością
teraz tęcza
między
bielą a czernią
jak między
dobrem i złem
iskrzy się
srebrem łez
gaśnie światło
w oczach człowieka
myśli bezdomne
rzucam w tułaczkę
aby na drodze
ludzkiego istnienia
kroczyły wśród
mroków ciszy
jak światełko
zbawienia
odpada wszystko
co na zewnątrz
zostaje tylko dusza
z wiatrem
ulatują cechy
zakorzenione w najgłębszym
zakątku serca
podliczamy straty
samo musi zdecydować
czy warto dalej
tak żyć
czwarta nad ranem
noc biała
księżyc z oknem
wystarczy
nocne czuwanie
by świt
nabrał kolorów
o czwartej
nad ranem
milczący poeci
wsłuchują się
w ciszę
tworzą
gdy śpię snem
spokojnym
o czwartej
nad ranem
wiersze bez płaczu
będą się rodzić
noc zawsze wierna
z głową spuszczoną
nad ranem odejdzie
dookoła
obcy tłum
znajomych twarzy
wieje chłodem
milczenia
pustka
otulona
zimnym szalem
wychładza duszę
samotność
do kości
boli
metaliczny
smak łez
rozcina
serce
sztyletem słów
niewypowiedzianych
nie mam siły
na bezsilność
uzbrojona
w spokój nocy
i siłę poranka
walczę
o kolejny
dzień
szkoda czasu
na łzy
za widnokręgiem
w gęstwinie
całymi wiekami
siedzą
pod dębem
mędrcy
czas przemija
a oni siedzą
bez ruchu
twarze poorane
w oczach
zgasłe iskierki
ich świat
jest wielki
nieprzystępny
ich prawda
skręcona do bólu
wije się
pod fałszywym światłem
do krzyża przybita
w płomieniach stosu
na nowo zrodzona
twarze spoważniały
przez życiowe niedole
i tak przeminął
im cały świat
pod dębem siedząc
w mgle światła
szukają
prawdy
codziennie
zapomniam
ciebie
siebie
dobro i zło
codziennie
uczę się
siebie
ciebie
świata
codziennie
patrzę
na rozpacz
biedę
ból
codziennie
szukam
szczęścia
i znajduję
jego okruch
karmię nim duszę
do syta
rozum dyktuje
myśli poprawne
słowa rzędem
równiutko
poukładane
i tylko serce
niepokorne
zmazuje litery
i kartki drze
nakazuje historię
od nowa
pisać
po swojemu